Ugięły się nogi,
Kategorie

Ugięły się nogi,

Ugięły się nogi, jakby słabość od niego do mnie przeszła. Potem Antoni zapytał: ,,Co z dziećmi i jak żyjesz sama?\" — A ja mó­wić nie mogłam, tylko po babsku płakałam. Widział moją rozpacz, oczy przymknął, lecz powiedział: „Trud­no, nikt z pola walki nie zejdzie. A jeśli zginę, to to­warzysze ci pomogą\". Jeszcze dziś pamiętam te słowa, jak pacierz powtarzałam je sobie przez te wszystkie lata. Maria Grzegorczyk milczy przez chwilę, wspomina. I Nie przerywam jej. W celach siedziało po dwudziestu sześciu więźniów. Kiedy chciano ich rozdzielić, aby łatwiej złamać ich siłę i jedność — nie pozwolili, zabarykadowali drzwi. Po więzieniu szedł śpiew Międzynarodówki, trwał, kie­dy strażnicy wyłamali drzwi, wdarli się do cel, kiedy bili więźniów. Jednemu towarzyszowi z celi Antoniego wybili oko, potem wzięli go z sobą i słuch o nim za­ginął. Wielu było w takim stanie, że nie mogli pozostać w celach. Wzięto ich, skatowanych, do więziennego szpitala. Potem władze więzienia rozlokowały politycz­nych po kilku w małych celach i oświadczyły, że praw im nie przywrócą. Zaczęła się druga głodówka. Więź­niów próbowano karmić siłą, wkładano im do nosa rurki, przez które wlewano zupę. Nawet prokurator z Warszawy przyjechał, aby karać nieposłusznych. Spra­wa wyszła poza mury więzienia. Cały kraj słuchał wieści o głodówkach i metodach, które miały złamać ludzi za kratami. Wielu nie wytrzymało, nie każdy człowiek mógł znieść to wszystko. Szpital więzienny był ostatnią rzeczą, na którą patrzyli na ziemi. Lecz innym śmierć towarzyszy jakby dodawała sił, jakby tamci nie całkiem umarli, żyli w żyjących. Szły raporty do Warszawy, że więźniowie nie tylko nie kapitulują, lecz przeciwnie, trwają w zaciekłym, twardym uporze. 1 zwyciężyli. Prawa więźniów politycznych zostały im przywrócone. W tych dramatycznych dniach nierównej walki ro­dziny zamkniętych czekały pod bramami na widzenie, na wiadomość o swych bliskich. Chodziła tam i Maria. Lecz nie patrzyła bezczynnie na ciężkie wrota. Z pie­niędzy patronatu kupowała mleko, organizowała paczki. Ludzie wyczerpani głodówką mogli pić z początku tylko mleko z wodą, trzeba było znaleźć drogę, ratować ich zdrowie. Grzegorczykowa przyjeżdżała często do Chęcin, niosła pomoc. Policja zaczęła przyglądać się jej uważ­niej, któregoś dnia ludzie w granatowych mundurach stanęli przed nią, zaprowadzili do komisariatu. Długo pytali, jakie to sprawy ma w Chęcinach. Zamknęła się w milczeniu. Jej nieszczęście nie było z tych, o którym się opowiada byle komu. Tymczasem i Antonim działo się niedobrze. Było tak źle, że na trzy miesiące przed terminem zwolnienia do­stał urlop zdrowotny. Wrócił do Marii. Ale to nie był już Antoni. Wrócił czarny od bicia, na plecach i rękach rany nie chciały się goić. Miał spuchniętą twarz i rozdarte

Poprzedni - I pismo dla
Następny - Usta, bo mu

Strony pokrewne